piątek, 05 czerwiec 2015 09:53

  • Facebook
  • Google Plus One
  • Tweeter
  • Wykop
Wspomnienie o Henryku Pawelcu

Napisanie tego krótkiego wspomnienie o Henryku Pawelcu nie jest dla mnie zadaniem prostym.

 

Henryk, a właściwie Andrzej, gdyż przez wiele lat naszej znajomości najbliżsi zwracali się do niego wojennym pseudonimem, był przede wszystkim żołnierzem. Owszem, zdarzały się inne tematy naszych rozmów, czasami jakieś komentarze do rzeczywistości, częściej wspomnienia emigracyjne z ponad 40 lat życia na londyńskiej wyspie polskości, ale przede wszystkim rozmawialiśmy o wojnie.

 

Że był to jego najpiękniejszy okres życia. Że miał ukochanego konia i psa z którymi przemierzał liczne szlaki świętokrzyskie i czasami ponidzkie. Że dziewczyny były wówczas takie piękne, a życie pełne. Że Niemcy zabili kilku najbliższych przyjaciół do których ciągle tęskni. Że czasem "strzelali Niemców". Częściej "okładali dupę" zbyt skwapliwie wykonujących niemieckie zalecenia polskich urzędników. Że wykonując wyrok na gestapowcu Franzu Wittku nie był w stanie, zgodnie z rozkazem, zabić go nożem, bo ten spojrzał mu w oczy, a jak tu można zarżnąć człowieka, gdy ten patrzy ci w oczy, bo co innego jednak "strzelić do wroga". Że nie umie sobie darować śmierci chłopaka, którego postrzelił przez nieuwagę podczas czyszczenia pistoletu. Był za to ścigany listem prokuratury powszechnej do połowy lat 90. Że...

 

Z biegiem lat wielokrotnie powtarzał, że może mi opowiedzieć dowolną historię, bo nikt ze świadków już nie żyje. Mówił to z nieskrywaną satysfakcją. "Wiesz - powtarzał - wiem jak żyć, ale umierać się nie nauczyłem".

 

Aż któregoś dnia spytałem go o Żydów. Powiedziałem - "Heniu, tyle mi opowiadasz o tej wojnie. Niektóre Twoje opowieści są jak z filmu amerykańskiego. Ale dlaczego w twoich opowieściach nigdy nie ma Żydów? Przychodziłeś z gór do Kielc wiele razy, opisywałeś mi trasy swoich ucieczek, zasadzek, kontaktów, a przecież w środku miasta było getto, musiałeś wiele razy przechodzić w najbliższej odległości od drutów oddzielających getto od miasta. Gdzie się podziali w twoich wspomnieniach kieleccy Żydzi?". Popatrzył na mnie długo, miał wilgotne oczy. Po dłuższej chwili powiedział - "Bogdan, a co mogliśmy wtedy zrobić?". Powiedziałem mu - "Andrzej, nie pytam cię o to, co wtedy zrobiłeś dla Żydów albo przeciw nim. Pytam gdzie w pamięci schowałeś kieleckich Żydów ?".

 

Po długim czasie, po wielu miesiącach, a może latach, sam wrócił do "tematu Żydów". Opowiedział o swoim dowódcy Barabaszu, o mordach, o grabieżach, o szwancparadach (pod pretekstem sprawdzania, czy żołnierze nie zapadają na choroby weneryczne, szukano obrzezanych). Potem spotkałem go z dziennikarką, która napisała o mordach Barabasza w opiniotwórczym tygodniku. Przełamywałem jego wątpliwości czy dzielić się swoją wiedzą z dziennikarzami, badaczami. Potrzebowałem czasu by zrozumieć w jak głębokim konflikcie między sumieniem a lojalnością był wówczas Henryk. Namówiłem go jednak na nagranie relacji dla potomnych dla jednego z muzeów. Został wściekle zaatakowany. Wytoczono mu proces przed sądem koleżeńskim ŚZŻAK, nie dopuszczając żadnych świadków obrony, nie zezwalając na obronę. Wyrzucono ze związku byłych akowców, organizacji skupiającej w ostatnim czasie także dziwne postaci, które w czasie wojny były zaledwie dziećmi. Oni byli najbardziej zajadli. Opluwano go, pomawiano, bojkotowano. W ostatnich latach długiego życia osaczony, coraz bardziej samotny, zgorzkniały. Po śmierci odmówiono mu pochówku wśród byłych towarzyszy broni.

 

Gdy myślę o tym dzisiaj, żałuję swojego pytania sprzed lat. Żałuję, że nakłaniałem go do rozrzutnego dzielenia się swoją wiedzą.

 

Sam nie jestem już młodym człowiekiem. Sporą część swojego życia zajmowałem się odsłanianiem prawdy. Stojąc nad grobem Henia (faktycznie i w przenośni) trudno mi uwolnić się od pytania, czym jest prawda i czy jest najważniejsza? Ale jeśli nie wiem czym jest prawda, i czy jest najważniejsza, to co jest ważne? Teraz Henio stawia mi te banalne, a przez to najcelniejsze, pytania.

 

Mógł Henio swoje życie do końca przeżyć radośnie wspominając lata chwały. Miałby wspaniały pogrzeb ze wszystkimi sztandarami, zjechaliby się partyznaci-ostańcy pięknie udekorowani we wszystkie medale, spocząłby Henryk Pawelec ps. Andrzej w honorowej kwaterze, a wcześniej uzyskałby kolejne stopnie wojskowe, może nawet zostałby jeszcze przed śmiercią generałem. Chociaż nie, gdy go kiedyś zapytałem, czy wzorem swoich kolegów nie chciałby zostać generałem, stanowczo zaprzeczył. Powiedział, że owszem, marzy mu się stopień marszałka. Tego jednak regulaminy polskie nie przewidują.

 

Bogdan Białek

  • Facebook
  • Google Plus One
  • Tweeter
  • Wykop