• Facebook
  • Google Plus One
  • Tweeter
  • Wykop
Na rozkaz serca

Henryk Pawelec urodził się w 1921 roku we Wzdole Rządowym. Był człowiekiem do zadań specjalnych w kielecko – radomskim okręgu AK, współzałożycielem, a później dowódcą zwiadu konnego oddziału partyzanckiego AK ,,Wybranieccy". Podczas akcji ,,Burza" stał na czele zwiadu konnego 4. Pułku Piechoty Legionów AK. W 1945 roku dowodził oddziałami zrzeszenia „Nie" i „Win". W październiku 1945 roku przez Niemcy i Austrię dołączył do II Korpusu gen. Andersa. W 1946 roku wraz z II Korpusem przybył do Anglii. W 1947 roku poznał w Bradford Zbyszkę Król.

 

Zbigniewa Król urodziła się w 1920 roku we Lwowie. Jej udziałem, tak jak wielu Polaków z Kresów Wschodnich, była wywózka do Kazachstanu. Wraz z matką i młodszym bratem przeżyła tam dwa lata. W 1941 roku na mocy amnestii Polacy więzienie na terenie ZSRR odzyskali wolność. Zbyszka z mamą opuściła Czałabaj w Semipałatyńskiej Obłasti i przez Taszkent, Jangi- Jul i Krasnowodzk dotarła do Teheranu, a później do Bejrutu w Libanie. W 1948 roku wylądowała w Anglii. W 1949 roku wyszła za mąż za Henryka Pawelca.

 

 

na_rozkaz_pawelcowiemale

 

W 1992 roku, po 47 latach spędzonych na obczyźnie, Zbyszka i Henryk Pawelcowie wrócili do ojczyzny, do Kielc.

 

„Na rozkaz serca" to wspomnienie zwyczajnych ludzi, którym dane było przeżyć niezwykły los.

 

 

 

henio1

 

 

Misiu, uciekaj

(Na rozkaz serca, fragment wspomnień Henryka)

 

Szło już ku latu, kiedy po śmierci Wilka jego pluton objął Edward. Wraz z oddziałem miał stawić się na koncentrację w lasach daleszyckich. Tymczasem Niemcy zrobili zasadzkę na torach kolejowych niedaleko Brzezin. Partyzanci, nie wiedząc o tym, szli wprost na stanowiska niemieckie. Ubezpieczenia od przodu były za płytkie. Coraz bardziej zbliżali się do ukrytych szkopów, którzy spokojnie czekali – tym razem ci polscy bandyci już się nie wywiną! Nikt stąd żywy nie wyjdzie!

 

Z partyzantami szedł Misiu. Kiedy byli jakieś czterysta metrów od zasadzki, pies zjeżył sierść i pobiegł naprzód. Coś wyczuł. Oddział zwolnił, już ostrożniej posuwał się naprzód. Nagle odezwał się ogień ze stanowisk niemieckich. Poszły w górę rakiety oświetlające. Partyzanci leżeli na ziemi, odpowiadając ogniem. W świetle rakiet zobaczyli, jak ich pies przekoziołkował i przewrócił się. Misiu, uciekaj! Pies poderwał się i wyczołgał pod osłoną ognia Wilków na prawe skrzydło oddziału. Był ranny. Partyzanci szybko wycofali się i przeszli tory w innym miejscu.

 

Gdy dołączyli do oddziału „Wybranieckich”, pies został opatrzony, na szczęście rana była powierzchowna. Później odbyła się uroczystość. Bohaterem był Misiu. Wyjąłem z kieszeni niemiecki krzyż żelazny z okuciami, który kilka dni wcześniej wraz z życiem zabrałem oficerowi SS. Powiesiłem go na tasiemce na szyi psa. Ktoś inny narysował na piersi psa gwiazdkę za odniesione rany, trzeci zaznaczył na głowie chemicznym ołówkiem dystynkcje starszego partyzanta. Wszyscy szczerze gratulowali Misiowi odznaczeń, bo niejeden zawdzięczał mu życie. „Starszy partyzant” był bardzo zadowolony z odznaczeń. Chociaż w oddziale powstał spór – jedni uważali, że krzyż niemiecki znakomicie pasuje psu, inni, że wręcz obraża naszego owczarka. Tymczasem on poszedł sobie do Nobleski i długo się nie pokazywał. Może w psim języku opowiadał jej o swoich wyczynach i odznaczeniach.

 

Misiu brał udział w wielu walkach, a kiedy dochodziło do spotkania z bliska, rzucał się do gardła wrogowi. Nieraz do niego strzelali, miał jednak partyzanckie szczęście, bo wychodził z tego cało.

 

zbyszka

 

Zbyszka

(Na rozkaz serca, fragment wspomnień Zbigniewy)

 

Gdy wywieziono nas z Polski, miałam dwadzieścia jeden lat, mój mąż, opuszczając ojczyznę po wojnie, miał dwadzieścia sześć. Ponad czterdzieści lat mieszkaliśmy w Anglii. Nigdy nie przestaliśmy być Polakami, chociaż właściwie dwa razy więcej życia spędziliśmy za granicą. Nasze dzieci urodziły się w Anglii, w zupełnie innej kulturze. Chodziły do szkoły mającej swoją tradycję, która dla mnie była obca. Próbowałam, jak tylko mogłam, godzić w umysłach naszych dzieci świat mojego dzieciństwa i młodości ze światem, w którym one funkcjonowały, miały kiedyś pracować, założyć rodziny i żyć tutaj, nie różniąc się zbytnio od Anglików. Bo przecież wyróżniało je dziwne dla Anglików nazwisko, to, że oprócz angielskiego znały język polski, że czytały literaturę polską, z opowiadań rodziców słyszały o historii drugiej wojny światowej w Polsce, a o pierwszej wojnie i Piłsudskim dowiadywały się od babci.

 

Nie jest łatwo nauczyć dziecko ojczystego języka, gdy dookoła słyszy język obcy – na ulicy, w szkole, na podwórku, w sklepie, w radiu i telewizji, a język rodziców jest tylko w domu. W naszym domu było łatwiej, bo była z nami moja mama, mieliśmy licznych przyjaciół, którzy mówili po polsku, dzieci raz w tygodniu chodziły do sobotniej szkoły polskiej. Ale w rodzinach, gdzie były „mieszane” małżeństwa, sytuacja była dużo trudniejsza.

 

Polacy w Londynie tworzyli w pewnym sensie zwartą i zamkniętą społeczność, co ułatwiało rodzicom utrzymywanie polskości wśród młodzieży. Była dobrze zorganizowana oświata, harcerstwo, teatr dla dzieci, a Macierz Szkolna dbała, by szkoły przedmiotów ojczystych były zaopatrzone w nowoczesne podręczniki i ciekawe pomoce dydaktyczne, zachęcające dzieci do nauki.

 

W czasie wakacji organizowaliśmy obozy harcerskie dla zuchów i harcerzy, gdzie przez trzy lub cztery tygodnie obowiązywał język polski, polska piosenka i wieczorami polskie ognisko. Oczywiście, gdy dzieciaki choć na moment oddalały się od drużynowych, to mówiły po angielsku, tak im było łatwiej, ale kilkutygodniowy „zastrzyk” polskości dawał zbawienne rezultaty. Nasze dzieci mówią i piszą po polsku i interesują się sprawami kraju swoich rodziców. Z wnukami jest już gorzej, to trzecie pokolenie emigracyjne znacznie trudniej zainteresować historią dziadków. Ale chyba taka jest kolej rzeczy. Te dzieci wychowywały się już w małżeństwach mieszanych, gdzie w domach ze względu na małżonków mówi się już tylko po angielsku.

 

Mimo to w Wielkiej Brytanii wciąż istnieją szkoły przedmiotów ojczystych, działa teatr i wydawnictwa polskie, ukazują się polskie gazety – „Dziennik Polski” obchodził niedawno sześćdziesięciolecie istnienia.