• Facebook
  • Google Plus One
  • Tweeter
  • Wykop
„Listy z Getta”

 
lgmaleKsiążka wydana została w 2007 roku przez Stowarzyszenie im. Jana Karskiego w Kielcach.  
Publikacja składa się z kilkudziesięciu cudem ocalałych w wojennej zawierusze kart pocztowych, listów i fotografii. Jest to dziś jedyny materialny ślad po żyjących w Kielcach przed wojną członkach rodziny Goldszajdów.

 

Książka „Listy z getta” z nowym, uwzględniającym specyfikę czasów II Wojny Światowej do pobrania w formacie pdf.

 

Listy pisane przez Hankę do brata Aby, siostry Sury i szwagra Herszla, zesłanych do kopalni na Syberię, przetrwały, przywiezione najpierw spod Czelabińska do Polski, a potem zabrane na emigrację do Izraela. Te listy, wysłane z okupowanych Kielc przez żydowską dziewczynkę, to dzisiaj także bezcenny dokument - świadectwo pierwszych lat okupacji, czasu stale pogarszających się warunków życia kieleckich Żydów, narastających represji, ograniczania wolności osobistej. To świadectwo tym cenniejsze, że dokumentów i wspomnień tych, którzy przeżyli kieleckie getto, nie zachowało się zbyt wiele.

 

rodzina_goldmaleListy rodziny Goldszajdów, choć pochodzą z okresu bezpośrednio poprzedzającego utworzenie getta w Kielcach, doskonale uzupełniają opublikowane wcześniej listy wiedenki Gertrudy Zeisler, pisane do rodziny rozsianej po całym świecie. Gertruda Zeisler, wykształcona, znająca Europę, była bystrą obserwatorką działań administracji kieleckiego getta oraz ludzi tu żyjących. Hanka Goldszajd nie znała świata, pisała o najbliższej rodzinie, o tym, jak ona sama żyje, jak tęskni za siostrą i bratem, jak rodzice i brat dają sobie radę w coraz trudniejszych czasach. Te listy, tak bardzo osobiste, są jednak prawdziwym i bezpośrednim świadectwem gehenny ludności żydowskiej Kielc.

 

Ich prosta z pozoru treść poraża tym bardziej, gdy uświadomimy sobie, że prawda czasu okupacji i okrucieństwa wojny ukryta jest w nich nie tylko przed niemiecką cenzurą, ale i przed najbliższymi, których cierpiący w okupowanych Kielcach nie chcieli dodatkowo martwić swoim losem. Hanka pisze tylko tyle, ile można było napisać. Goldszajdowie, wyrzuceni z domu przy Focha, zamieszkali najpierw na Staszica 12, a potem - znów wyrzuceni, podobnie jak ich żydowscy sąsiedzi - znaleźli się na poddaszu domu przy ulicy Nowy Świat pod numerem 15. Stąd były wysyłane listy na Syberię. 1 kwietnia 1941 roku dom ten znalazł się na terenie getta. Jako jeden z ostatnich ocalałych z dawnego getta, istnieje do dziś.

 

hgmaleHanka (Hana) Goldszajd (1922-1942) - młoda kielecka Żydówka, której listy z czasów okupacji niemieckiej zostały wydane w 2007 r. w książce pt. „Listy z getta”.

 

Materiał przygotowany przez uczniów VI LO im. J. Słowackiego w Kielcach

 

Hana była najmłodszym z piątki dzieci Jakuba Goldszajda i Rywki Wiklińskiej. Rodzina Goldszajdów mieszkała na początku w Kielcach przy ul. Leonarda 3, jednak na skutek działalności niemieckiej zmuszona była do przeprowadzek: najpierw do domu przy ulicy Focha 26, potem przy Staszica 22, aby następnie znaleźć się w pokoiku na poddaszu przy ul. Nowy Świat 15.

 

Tata Hanki prowadził pierwszą w Kielcach firmę przewozową. Posiadał 2 autobusy kursujące między Kielcami a Łodzią, które później zostały zarekwirowane przez Niemców, co znacznie utrudniło życie całej rodziny, gdyż odbierało poważne źródło dochodów. Sama Hana przez pewien czas pracowała w stolarni przy politurowaniu łóżek. 24 kwietnia 1941r. rodzina Goldszajdów trafiła do getta. Z dnia na dzień sytuacja kieleckich Żydów robiła się coraz trudniejsza. 19 sierpnia 1942r., na skutek masowego wywozu Żydów, Hana, jej rodzice i brat Chaim trafili do Treblinki, gdzie stracili życie. Dokładniejsze dane dotyczące śmierci Hany i jej rodziny nie są znane.

 

Hana jest główną autorką listów wysyłanych do rodziny przebywającej w różnych częściach świata. Nie chcąc martwić bliskich, a także z powodu cenzury, nie pisała o swojej sytuacji wprost, ukrywała smutną prawdę między wierszami. Pisała o najbliższych, o tym jak sama żyje, jak tęskni za siostrą i bratem, jak rodzice dają sobie radę.

 

Korespondencja Hanki to bezcenny dokument. Świadectwo pierwszych lat okupacji, czasu stale pogarszających się warunków życia kieleckich Żydów, represji i ograniczania wolności osobistej pisane przez 17-nastoletnią wówczas żydówkę ukazuje prawdziwą historię widzianą oczami prostej dziewczyny zmagającej się z brutalną rzeczywistością.
 

 

list1maleSłowo wstępne
 

Bogdan Białek

Mojsze Meir Bahn, ocalony z kieleckiego getta, po latach tak wspomina deportację Żydów z Kielc do Treblinki w sierpniu 1942 roku, przeprowadzoną w czterech transportach: „Przed drugim transportem postanowiono zlikwidować dom sierot.

 

Było tam 200 dzieci. Dom znajdował się w dzielnicy żydowskiej, przeznaczonej do drugiego wysiedlenia. Wszystkie dzieci z wychowawczynią, Gucią, doprowadzono do dołu na Nowym Świecie i kazano im się rozebrać. Dzieci nie chciały. Wówczas rozkazano Guci, by ona to uczyniła. Odmówiła. Nacjonaliści ukraińscy zaczęli ją bić. Dzieci łkały: - Mamo, ratuj!

Gwałtem je rozebrano. Jednemu z policjantów żydowskich kazano doprowadzić dzieci do dołu i Rumpel zaczął je rozstrzeliwać pojedynczymi kulami. 90 procent dzieci w dołach jeszcze żyło. Układano je po 40 w jedną warstwę i zalewano wapnem. W ten sposób ułożono kilka warstw dzieci i wapna."

Ci, którzy ocaleli z tej masakry (około 20 dzieci), zostali zamordowani na dziecińcu piekarni u zbiegu ulic Jasnej i Okrzei. Wychowanków dziecięcego oddziału izolacyjnego Niemcy zabili, wyrzucając ich przez okna z trzeciego piętra.

list2maleKielczanin Zygmunt Śliwiński obserwował to, co się działo w getcie, z okien swojego mieszkania przy ul. Piotrkowskiej 63: „(...) w okresie likwidacji kieleckiego getta widziałem, jak żandarmi przeprowadzili na plac w pobliże ulicy Radomskiej około 30 ciężarnych kobiet narodowości żydowskiej, Na polecenie żandarmów uklękły one na ziemi i hitlerowcy rozstrzelali je. Widziałem to z odległości 13 metrów."

Inny naoczny świadek relacjonuje: „Gestapowcy pod dowództwem Thomasa urządzili sobie konkurs, kto zastrzeli więcej ludzi. Przy tym mierzono do nich z pistoletów trzymanych w różnych nieprawdopodobnych pozycjach: znad ramienia czy między nogami. Byli oni przy tym podpici, ale nie naprawdę pijani."

Wspomniany już Bahn tak opisuje pierwszy dzień deportacji: „(...) prowadzono 6 tysięcy osób ulicą Młynarską. Po obu stronach stali Polacy i przypatrywali się. Za prowadzonymi Żydami było kilka furmanek i jeżeli kto padał ze zmęczenia lub nie dotrzymywał kroku, wówczas dawano znak policjantowi żydowskiemu, który chwytał nieszczęsnego i wsadzał go na wóz, gdzie SS-man rozstrzeliwał go od razu".

 

Jak podaje historyk Jacek Andrzej Młynarczyk, w ciągu trzech dni akcji przesiedleńczej z kieleckiego getta wywieziono na śmierć do obozu w Treblince II około 15 tysięcy osób, około 2 tysięcy zamordowano jako „niezdolnych do transportu". Tylko 500 udało się zbiec, część z nich usiłowała dostać się do miejscowej partyzantki - przeżyły jednostki. Około 2 tysięcy Niemcy pozostawili w Kielcach, w obozach pracy, po czym wywieziono ich między innymi do Auschwitz i Buchenwaldu.

 

hersz1maleJasna, Okrzei, Nowy Świat... Zawsze, gdy chodzę tymi ulicami, wracają te sceny sprzed lat, przeczytane lub zasłyszane. Szczególnie pamiętam jedną, opowiedzianą przez kieleckiego przyjaciela, który w tamtych czasach był nastolatkiem.

 

Szedł ulicą, był jasny, słoneczny dzień. Przed nim szła para - wysoki mężczyzna w niemieckim mundurze trzymał za rękę elegancką młodą panią, znaną przyjacielowi Żydówkę. Głośno rozmawiali, śmiali się. Nagle mężczyzna wolną ręką wyjął z kabury pistolet, przyłożył go do skroni kobiety i zastrzelił ją. Pozostawił martwe ciało na bruku i poszedł dalej.


Z kolei ze swojego białostockiego dzieciństwa pamiętam sceny zabaw moich rówieśników na cmentarzu, gdzie złożono ciała pomordowanych w tamtejszym getcie. Jeszcze dzisiaj mam przed oczami walające się na cmentarnej murawie czaszki, piszczele i toczącą się pośród nich piłkę. Dorośli na to nie reagowali. Ani szkoła, ani rodzice, ani księża, ani milicja. Nikt. Bo dzieci musiały się gdzieś bawić. Ja się tam nie bawiłem. Nie pamiętam swoich myśli, pamiętam uczucia: grozę i wstyd. A najbardziej pamiętam ból, gdy pewnego dnia przyjechały spychacze i przyszli robotnicy, aby cmentarz zrównać, a na jego miejscu zrobić skwer i prawdziwy plac zabaw z huśtawkami i piaskownicami. I wtedy ostatecznie zapadła się pod ziemię białostocka menora. Wkrótce po tym z miasta wyjechali ostatni białostoccy Żydzi, kilkanaście cudem ocalałych rodzin.

 

To było dwadzieścia lat po tak zwanej drugiej wojnie światowej. Już czy tylko dwadzieścia lat? I jakie znaczenie ma tutaj czas? Ile takich zdarzeń było w całej Polsce? Ot, chociażby nieodległy od Kielc Opatów, w którym po żydowskim cmentarzu nie ma najmniejszego śladu, na miejscu dawnego ohelu - grobu wybitnego duchownego żydowskiego - stoi muszla koncertowa, a na niedawnych grobach pomordowanych ludzie spacerują, robią zakupy, słuchają koncertów ludowych kapel, bawią się.

Pamięć mojego dzieciństwa, rzeczy widzianych i słyszanych ożywa, ilekroć chodzę ulicami dawnego kieleckiego getta i widzę domy z tamtego czasu, patrzę na tych niemych i nielicznych już świadków strasznej tragedii. A nie widzę najmniejszej nawet tablicy poświadczającej rozpacz, ból i cierpienie bezbronnych, niewinnych niczemu ofiar.

Naprawdę nie chodzi o to, aby budować wszędzie pomniki. Nasza cała ziemia, cały nasz naród, a przynajmniej wiele jego córek i synów, zasługuje na to, by uwiecznić przeszłość w kamieniu i metalu. Chodzi o to, aby powstrzymać umieranie pamięci, bo to jedyne, co możemy jeszcze zrobić - zwłaszcza że tak niewiele umieliśmy zrobić wtedy czy też potem. Musimy szukać nowych sposobów na uwrażliwianie naszej pamięci i pamięci tych, którzy przychodzą po nas. Jednym z nich są książki. Jedną z takich książek jest ta właśnie.