Książka „Listy z getta” (do pobrania w formacie pdf.)
Listy pisane przez Hankę do brata Aby, siostry Sury i szwagra Herszla, zesłanych do kopalni na Syberię, przetrwały, przywiezione najpierw spod Czelabińska do Polski, a potem zabrane na emigrację do Izraela. Te listy, wysłane z okupowanych Kielc przez żydowską dziewczynkę, to dzisiaj także bezcenny dokument - świadectwo pierwszych lat okupacji, czasu stale pogarszających się warunków życia kieleckich Żydów, narastających represji, ograniczania wolności osobistej. To świadectwo tym cenniejsze, że dokumentów i wspomnień tych, którzy przeżyli kieleckie getto, nie zachowało się zbyt wiele.
Listy rodziny Goldszajdów, choć pochodzą z okresu bezpośrednio poprzedzającego utworzenie getta w Kielcach, doskonale uzupełniają opublikowane wcześniej listy wiedenki Gertrudy Zeisler, pisane do rodziny rozsianej po całym świecie. Gertruda Zeisler, wykształcona, znająca Europę, była bystrą obserwatorką działań administracji kieleckiego getta oraz ludzi tu żyjących. Hanka Goldszajd nie znała świata, pisała o najbliższej rodzinie, o tym, jak ona sama żyje, jak tęskni za siostrą i bratem, jak rodzice i brat dają sobie radę w coraz trudniejszych czasach. Te listy, tak bardzo osobiste, są jednak prawdziwym i bezpośrednim świadectwem gehenny ludności żydowskiej Kielc.
Ich prosta z pozoru treść poraża tym bardziej, gdy uświadomimy sobie, że prawda czasu okupacji i okrucieństwa wojny ukryta jest w nich nie tylko przed niemiecką cenzurą, ale i przed najbliższymi, których cierpiący w okupowanych Kielcach nie chcieli dodatkowo martwić swoim losem. Hanka pisze tylko tyle, ile można było napisać. Goldszajdowie, wyrzuceni z domu przy Focha, zamieszkali najpierw na Staszica 12, a potem - znów wyrzuceni, podobnie jak ich żydowscy sąsiedzi - znaleźli się na poddaszu domu przy ulicy Nowy Świat pod numerem 15. Stąd były wysyłane listy na Syberię. 1 kwietnia 1941 roku dom ten znalazł się na terenie getta. Jako jeden z ostatnich ocalałych z dawnego getta, istnieje do dziś.
Hanka (Hana) Goldszajd (1922-1942) - młoda kielecka Żydówka, której listy z czasów okupacji niemieckiej zostały wydane w 2007 r. w książce pt. „Listy z getta”.
Hana była najmłodszym z piątki dzieci Jakuba Goldszajda i Rywki Wiklińskiej. Rodzina Goldszajdów mieszkała na początku w Kielcach przy ul. Leonarda 3, jednak na skutek działalności niemieckiej zmuszona była do przeprowadzek: najpierw do domu przy ulicy Focha 26, potem przy Staszica 22, aby następnie znaleźć się w pokoiku na poddaszu przy ul. Nowy Świat 15.
Tata Hanki prowadził pierwszą w Kielcach firmę przewozową. Posiadał 2 autobusy kursujące między Kielcami a Łodzią, które później zostały zarekwirowane przez Niemców, co znacznie utrudniło życie całej rodziny, gdyż odbierało poważne źródło dochodów. Sama Hana przez pewien czas pracowała w stolarni przy politurowaniu łóżek. 24 kwietnia 1941r. rodzina Goldszajdów trafiła do getta. Z dnia na dzień sytuacja kieleckich Żydów robiła się coraz trudniejsza. 19 sierpnia 1942r., na skutek masowego wywozu Żydów, Hana, jej rodzice i brat Chaim trafili do Treblinki, gdzie stracili życie. Dokładniejsze dane dotyczące śmierci Hany i jej rodziny nie są znane.
Hana jest główną autorką listów wysyłanych do rodziny przebywającej w różnych częściach świata. Nie chcąc martwić bliskich, a także z powodu cenzury, nie pisała o swojej sytuacji wprost, ukrywała smutną prawdę między wierszami. Pisała o najbliższych, o tym jak sama żyje, jak tęskni za siostrą i bratem, jak rodzice dają sobie radę.
Korespondencja Hanki to bezcenny dokument. Świadectwo pierwszych lat okupacji, czasu stale pogarszających się warunków życia kieleckich Żydów, represji i ograniczania wolności osobistej pisane przez 17-nastoletnią wówczas żydówkę ukazuje prawdziwą historię widzianą oczami prostej dziewczyny zmagającej się z brutalną rzeczywistością.
Materiał przygotowany przez uczniów VI LO im. J. Słowackiego w Kielcach
Słowo wstępne
(fragment książki „Listy z getta”)
Mojsze Meir Bahn, ocalony z kieleckiego getta, po latach tak wspomina deportację Żydów z Kielc do Treblinki w sierpniu 1942 roku, przeprowadzoną w czterech transportach: „Przed drugim transportem postanowiono zlikwidować dom sierot.
Było tam 200 dzieci. Dom znajdował się w dzielnicy żydowskiej, przeznaczonej do drugiego wysiedlenia. Wszystkie dzieci z wychowawczynią, Gucią, doprowadzono do dołu na Nowym Świecie i kazano im się rozebrać. Dzieci nie chciały. Wówczas rozkazano Guci, by ona to uczyniła. Odmówiła. Nacjonaliści ukraińscy zaczęli ją bić. Dzieci łkały: - Mamo, ratuj!
Gwałtem je rozebrano. Jednemu z policjantów żydowskich kazano doprowadzić dzieci do dołu i Rumpel zaczął je rozstrzeliwać pojedynczymi kulami. 90 procent dzieci w dołach jeszcze żyło. Układano je po 40 w jedną warstwę i zalewano wapnem. W ten sposób ułożono kilka warstw dzieci i wapna."
Ci, którzy ocaleli z tej masakry (około 20 dzieci), zostali zamordowani na dziecińcu piekarni u zbiegu ulic Jasnej i Okrzei. Wychowanków dziecięcego oddziału izolacyjnego Niemcy zabili, wyrzucając ich przez okna z trzeciego piętra.
Kielczanin Zygmunt Śliwiński obserwował to, co się działo w getcie, z okien swojego mieszkania przy ul. Piotrkowskiej 63: „(...) w okresie likwidacji kieleckiego getta widziałem, jak żandarmi przeprowadzili na plac w pobliże ulicy Radomskiej około 30 ciężarnych kobiet narodowości żydowskiej, Na polecenie żandarmów uklękły one na ziemi i hitlerowcy rozstrzelali je. Widziałem to z odległości 13 metrów."
Inny naoczny świadek relacjonuje: „Gestapowcy pod dowództwem Thomasa urządzili sobie konkurs, kto zastrzeli więcej ludzi. Przy tym mierzono do nich z pistoletów trzymanych w różnych nieprawdopodobnych pozycjach: znad ramienia czy między nogami. Byli oni przy tym podpici, ale nie naprawdę pijani."
Wspomniany już Bahn tak opisuje pierwszy dzień deportacji: „(...) prowadzono 6 tysięcy osób ulicą Młynarską. Po obu stronach stali Polacy i przypatrywali się. Za prowadzonymi Żydami było kilka furmanek i jeżeli kto padał ze zmęczenia lub nie dotrzymywał kroku, wówczas dawano znak policjantowi żydowskiemu, który chwytał nieszczęsnego i wsadzał go na wóz, gdzie SS-man rozstrzeliwał go od razu".
Jak podaje historyk Jacek Andrzej Młynarczyk, w ciągu trzech dni akcji przesiedleńczej z kieleckiego getta wywieziono na śmierć do obozu w Treblince II około 15 tysięcy osób, około 2 tysięcy zamordowano jako „niezdolnych do transportu". Tylko 500 udało się zbiec, część z nich usiłowała dostać się do miejscowej partyzantki - przeżyły jednostki. Około 2 tysięcy Niemcy pozostawili w Kielcach, w obozach pracy, po czym wywieziono ich między innymi do Auschwitz i Buchenwaldu.
Jasna, Okrzei, Nowy Świat... Zawsze, gdy chodzę tymi ulicami, wracają te sceny sprzed lat, przeczytane lub zasłyszane. Szczególnie pamiętam jedną, opowiedzianą przez kieleckiego przyjaciela, który w tamtych czasach był nastolatkiem.
Bogdan Białek
Szedł ulicą, był jasny, słoneczny dzień. Przed nim szła para - wysoki mężczyzna w niemieckim mundurze trzymał za rękę elegancką młodą panią, znaną przyjacielowi Żydówkę. Głośno rozmawiali, śmiali się. Nagle mężczyzna wolną ręką wyjął z kabury pistolet, przyłożył go do skroni kobiety i zastrzelił ją. Pozostawił martwe ciało na bruku i poszedł dalej.
Z kolei ze swojego białostockiego dzieciństwa pamiętam sceny zabaw moich rówieśników na cmentarzu, gdzie złożono ciała pomordowanych w tamtejszym getcie. Jeszcze dzisiaj mam przed oczami walające się na cmentarnej murawie czaszki, piszczele i toczącą się pośród nich piłkę. Dorośli na to nie reagowali. Ani szkoła, ani rodzice, ani księża, ani milicja. Nikt. Bo dzieci musiały się gdzieś bawić. Ja się tam nie bawiłem. Nie pamiętam swoich myśli, pamiętam uczucia: grozę i wstyd. A najbardziej pamiętam ból, gdy pewnego dnia przyjechały spychacze i przyszli robotnicy, aby cmentarz zrównać, a na jego miejscu zrobić skwer i prawdziwy plac zabaw z huśtawkami i piaskownicami. I wtedy ostatecznie zapadła się pod ziemię białostocka menora. Wkrótce po tym z miasta wyjechali ostatni białostoccy Żydzi, kilkanaście cudem ocalałych rodzin.
To było dwadzieścia lat po tak zwanej drugiej wojnie światowej. Już czy tylko dwadzieścia lat? I jakie znaczenie ma tutaj czas? Ile takich zdarzeń było w całej Polsce? Ot, chociażby nieodległy od Kielc Opatów, w którym po żydowskim cmentarzu nie ma najmniejszego śladu, na miejscu dawnego ohelu - grobu wybitnego duchownego żydowskiego - stoi muszla koncertowa, a na niedawnych grobach pomordowanych ludzie spacerują, robią zakupy, słuchają koncertów ludowych kapel, bawią się.
Pamięć mojego dzieciństwa, rzeczy widzianych i słyszanych ożywa, ilekroć chodzę ulicami dawnego kieleckiego getta i widzę domy z tamtego czasu, patrzę na tych niemych i nielicznych już świadków strasznej tragedii. A nie widzę najmniejszej nawet tablicy poświadczającej rozpacz, ból i cierpienie bezbronnych, niewinnych niczemu ofiar.
Naprawdę nie chodzi o to, aby budować wszędzie pomniki. Nasza cała ziemia, cały nasz naród, a przynajmniej wiele jego córek i synów, zasługuje na to, by uwiecznić przeszłość w kamieniu i metalu. Chodzi o to, aby powstrzymać umieranie pamięci, bo to jedyne, co możemy jeszcze zrobić - zwłaszcza że tak niewiele umieliśmy zrobić wtedy czy też potem. Musimy szukać nowych sposobów na uwrażliwianie naszej pamięci i pamięci tych, którzy przychodzą po nas. Jednym z nich są książki. Jedną z takich książek jest ta właśnie.
![]() |
| ,,Byłem żołnierzem" - członek Stowarzyszenia, Henryk Pawelec ps. ,,Andrzej" opowiada o sobie w filmie Małgorzaty Bednarskiej |
Henryk Pawelec urodził się w 1921 roku we Wądole Rządowym. Był człowiekiem do zadań specjalnych w kielecko – radomskim okręgu AK, współzałożycielem, a później dowódcą zwiadu konnego oddziału partyzanckiego AK ,,Wybranieccy". Podczas akcji ,,Burza" stał na czele zwiadu konnego 4. Pułku Piechoty Legionów AK. W 1945 roku dowodził oddziałami zrzeszenia „Nie" i „Win". W październiku 1945 roku przez Niemcy i Austrię dołączył do II Korpusu gen. Andersa. W 1946 roku wraz z II Korpusem przybył do Anglii. W 1947 roku poznał w Bradford Zbyszkę Król.
Zbigniewa Król urodziła się w 1920 roku we Lwowie. Jej udziałem, tak jak wielu Polaków z Kresów Wschodnich, była wywózka do Kazachstanu. Wraz z matką i młodszym bratem przeżyła tam dwa lata. W 1941 roku na mocy amnestii Polacy więzienie na terenie ZSRR odzyskali wolność. Zbyszka z mamą opuściła Czałabaj w Semipałatyńskiej Obłasti i przez Taszkent, Jangi- Jul i Krasnowodzk dotarła do Teheranu, a później do Bejrutu w Libanie. W 1948 roku wylądowała w Anglii. W 1949 roku wyszła za mąż za Henryka Pawelca.
W 1992 roku, po 47 latach spędzonych na obczyźnie, Zbyszka i Henryk Pawelcowie wrócili do ojczyzny, do Kielc.
„Na rozkaz serca" to wspomnienie zwyczajnych ludzi, którym dane było przeżyć niezwykły los.
Misiu, uciekaj
(Na rozkaz serca, fragment wspomnień Henryka)
Szło już ku latu, kiedy po śmierci Wilka jego pluton objął Edward. Wraz z oddziałem miał stawić się na koncentrację w lasach daleszyckich. Tymczasem Niemcy zrobili zasadzkę na torach kolejowych niedaleko Brzezin. Partyzanci, nie wiedząc o tym, szli wprost na stanowiska niemieckie. Ubezpieczenia od przodu były za płytkie. Coraz bardziej zbliżali się do ukrytych szkopów, którzy spokojnie czekali – tym razem ci polscy bandyci już się nie wywiną! Nikt stąd żywy nie wyjdzie!
Z partyzantami szedł Misiu. Kiedy byli jakieś czterysta metrów od zasadzki, pies zjeżył sierść i pobiegł naprzód. Coś wyczuł. Oddział zwolnił, już ostrożniej posuwał się naprzód. Nagle odezwał się ogień ze stanowisk niemieckich. Poszły w górę rakiety oświetlające. Partyzanci leżeli na ziemi, odpowiadając ogniem. W świetle rakiet zobaczyli, jak ich pies przekoziołkował i przewrócił się. Misiu, uciekaj! Pies poderwał się i wyczołgał pod osłoną ognia Wilków na prawe skrzydło oddziału. Był ranny. Partyzanci szybko wycofali się i przeszli tory w innym miejscu.
Gdy dołączyli do oddziału „Wybranieckich”, pies został opatrzony, na szczęście rana była powierzchowna. Później odbyła się uroczystość. Bohaterem był Misiu. Wyjąłem z kieszeni niemiecki krzyż żelazny z okuciami, który kilka dni wcześniej wraz z życiem zabrałem oficerowi SS. Powiesiłem go na tasiemce na szyi psa. Ktoś inny narysował na piersi psa gwiazdkę za odniesione rany, trzeci zaznaczył na głowie chemicznym ołówkiem dystynkcje starszego partyzanta. Wszyscy szczerze gratulowali Misiowi odznaczeń, bo niejeden zawdzięczał mu życie. „Starszy partyzant” był bardzo zadowolony z odznaczeń. Chociaż w oddziale powstał spór – jedni uważali, że krzyż niemiecki znakomicie pasuje psu, inni, że wręcz obraża naszego owczarka. Tymczasem on poszedł sobie do Nobleski i długo się nie pokazywał. Może w psim języku opowiadał jej o swoich wyczynach i odznaczeniach.
Misiu brał udział w wielu walkach, a kiedy dochodziło do spotkania z bliska, rzucał się do gardła wrogowi. Nieraz do niego strzelali, miał jednak partyzanckie szczęście, bo wychodził z tego cało.
Zbyszka
(Na rozkaz serca, fragment wspomnień Zbigniewy)
Gdy wywieziono nas z Polski, miałam dwadzieścia jeden lat, mój mąż, opuszczając ojczyznę po wojnie, miał dwadzieścia sześć. Ponad czterdzieści lat mieszkaliśmy w Anglii. Nigdy nie przestaliśmy być Polakami, chociaż właściwie dwa razy więcej życia spędziliśmy za granicą. Nasze dzieci urodziły się w Anglii, w zupełnie innej kulturze. Chodziły do szkoły mającej swoją tradycję, która dla mnie była obca. Próbowałam, jak tylko mogłam, godzić w umysłach naszych dzieci świat mojego dzieciństwa i młodości ze światem, w którym one funkcjonowały, miały kiedyś pracować, założyć rodziny i żyć tutaj, nie różniąc się zbytnio od Anglików. Bo przecież wyróżniało je dziwne dla Anglików nazwisko, to, że oprócz angielskiego znały język polski, że czytały literaturę polską, z opowiadań rodziców słyszały o historii drugiej wojny światowej w Polsce, a o pierwszej wojnie i Piłsudskim dowiadywały się od babci.
Nie jest łatwo nauczyć dziecko ojczystego języka, gdy dookoła słyszy język obcy – na ulicy, w szkole, na podwórku, w sklepie, w radiu i telewizji, a język rodziców jest tylko w domu. W naszym domu było łatwiej, bo była z nami moja mama, mieliśmy licznych przyjaciół, którzy mówili po polsku, dzieci raz w tygodniu chodziły do sobotniej szkoły polskiej. Ale w rodzinach, gdzie były „mieszane” małżeństwa, sytuacja była dużo trudniejsza.
Polacy w Londynie tworzyli w pewnym sensie zwartą i zamkniętą społeczność, co ułatwiało rodzicom utrzymywanie polskości wśród młodzieży. Była dobrze zorganizowana oświata, harcerstwo, teatr dla dzieci, a Macierz Szkolna dbała, by szkoły przedmiotów ojczystych były zaopatrzone w nowoczesne podręczniki i ciekawe pomoce dydaktyczne, zachęcające dzieci do nauki.
W czasie wakacji organizowaliśmy obozy harcerskie dla zuchów i harcerzy, gdzie przez trzy lub cztery tygodnie obowiązywał język polski, polska piosenka i wieczorami polskie ognisko. Oczywiście, gdy dzieciaki choć na moment oddalały się od drużynowych, to mówiły po angielsku, tak im było łatwiej, ale kilkutygodniowy „zastrzyk” polskości dawał zbawienne rezultaty. Nasze dzieci mówią i piszą po polsku i interesują się sprawami kraju swoich rodziców. Z wnukami jest już gorzej, to trzecie pokolenie emigracyjne znacznie trudniej zainteresować historią dziadków. Ale chyba taka jest kolej rzeczy. Te dzieci wychowywały się już w małżeństwach mieszanych, gdzie w domach ze względu na małżonków mówi się już tylko po angielsku.
Mimo to w Wielkiej Brytanii wciąż istnieją szkoły przedmiotów ojczystych, działa teatr i wydawnictwa polskie, ukazują się polskie gazety – „Dziennik Polski” obchodził niedawno sześćdziesięciolecie istnienia.